Uwaga!

10. Upadek

           Lena, szczupła, brązowooka brunetka, z cichym krzykiem złapała się za głowę. Bolało okrutnie, dziewczyna czuła się, jakby coś zaczęło bardzo mocno napierać na jej skronie. Wzmocniła uścisk i otworzyła usta, z trudem nabierając powietrze. Oddychała bardzo głośno, jakby nie umiała sobie z tą czynnością poradzić. Tak było. Nie mogła zaczerpnąć tchu, nie mogła zrobić nic. Okropny ból głowy jeszcze bardziej się nasilił, znów dał o sobie znać, a ona nie dała rady nawet oddychać, co dopiero wzywać pomocy.
Zakręciło się jej w głowie, ale już po chwili wszystko się zatrzymało, powróciło do normalnego stanu. Ból głowy ustąpił, a dziewczyna mogła nareszcie normalnie zaczerpnąć tchu, z czego chętnie skorzystała. Oddychała szybko i płytko, jakby bojąc się, że za chwilę ktoś znów odetnie jej dostęp do cennego powietrza. Pochyliła się, jak po długim biegu, ręce opierając na kolanach. Wszystko powoli wracało do normy, ale... właśnie, zawsze musi być jakieś "ale".
Lena przeczuwała, że to jeszcze nie koniec, że to nie może się tak po prostu urwać. Przecież Oni zaszli tak daleko! Na pewno nie porzucą teraz swojego dopracowywanego tyle godzin planu.
Nie myliła się. Jakaś niewidzialna ręka znów zaczęła ją dusić, a głowa zdawała się za chwilę pęknąć. Dziewczyna czuła, jakby była zaczepiona pomiędzy dwoma światami, jakby właśnie umierała.
Wtedy jej powieki opadły, a przed oczami stanęła tylko ciemność.
Ciało dziewczyny spadało w dół i w dół, jakby wepchnięte w niekończącą się przepaść. Zamknęła oczy, by nie widzieć, jak się ta nieoczekiwana podróż skończy. Czuła szum wiatru, zaplątującego się co chwilę w jej długie włosy. Gdyby nie wizja tego, co za chwilę najpewniej się z nią stanie, na pewno zaliczyłaby tę wyprawę do jednych z najbardziej udanych.
Od początku lotu minęło już dobre kilka minut, kiedy Lena stwierdziła, że coś tu jest nie tak, niemożliwe przecież, by tak długo spadała. Poza tym, nie czuła już tego delikatnego tańca wiatru w kosmykach kasztanowych włosów. Powoli i ostrożnie otworzyła oczy. Rozejrzała się dookoła, ale nic nie zauważyła, wszędzie panowały dosłownie egipskie ciemności. Wiedziała tylko, że na pewno nie spada już i najprawdopodobniej o nic się nie rozbiła. Chyba jeszcze żyła.
Zaczęła powoli gładzić ręką obszar wokół niej. Grunt był miękki, przyjemny i, co najbardziej zdziwiło nastolatkę, ciepły. Lena położyła się, by po częściowym przywyknięciu do ciemności, spróbować zobaczyć to, co ją ocaliło. Z perspektywy czasu, można powiedzieć, że lepiej byłoby, gdyby wtedy nie zrozumiała, z czym ma do czynienia, ale przecież teraz niczego już nie cofniemy. Trzeba więc powiedzieć, że pierwszym, co dziewczyna poczuła i czego się dowiedziała, było to, że powierzchnia, na której się znajduje się rusza... Już chwilę później Lena była pewna. Znajdowała się na czyjejś ręce.

Święta oczywiście przegapiłam, przepraszam, sylwestra też, ale życzę Wam dzisiaj jak najlepszego, szczęśliwego i pełnego miłości roku 2013.

9. Przepaść

Jer ostatni raz odwrócił się za siebie. Chciałby widzieć ich minę, kiedy wreszcie to zrobi. Wielu z nich krzyczało, żeby jeszcze raz się zastanowił, żeby nie podejmował pochopnie decyzji. Ale on już wiedział. Wiedział, że nie umie tego zrozumieć i nigdy tego nie pojmie. Jak można kochać kogoś tak wątłego, małego, beznadziejnego? Kogoś, kto tak łatwo upada i przez swój egoizm tak często rani. Kogoś wiele mniej doskonałego niż on. Kogoś, kto tak naprawdę jest nikim.
Większość odsunęła się do tyłu, by w złości nie pociągnął ich przypadkiem za sobą. Prychnął kpiąco. Wcale ich nie chciał, nie potrzebował. Liczył się tylko On, a On ukochał mocniej kogoś innego. Jak można? Jak tak potężna Istota mogła w ogóle pomyśleć o tym marnym prochu, o tej stercie pyłu? Jer nie mógł tego zrozumieć. Nie chciał.
Krok w przód. Zapragnął znów się odwrócić, by po raz ostatni ogarnąć wzrokiem swoich dawnych współtowarzyszy. Nie. Jego ciało mu na to nie pozwoliło. Umysł też powoli zaczął mu tego odradzać. Nie mogli pomyśleć, że się waha. Muszą wiedzieć, jak odchodzi się z klasą.
Stuk, stuk, stuk. Kilku z nich powoli szło za nim. Słyszał to i czuł ich obecność. „Odejdźcie!” chciał krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle. Odgłos kroków urwał się. Nie podeszli zbyt blisko, stali w bezpiecznej odległości. Oni nie chcieli go przekonywać. Nie wiedział skąd to wie, ale był tego pewien.
Jer przypomniał sobie Jego twarz, gdy mówił Mu o swojej decyzji. Było na niej tyle bólu i cierpienia już w momencie, kiedy do Niego podchodził. Jakby wiedział, co za chwilę usłyszy. Jer był pewien, że On wiedział. Nie mógł patrzeć Mu w oczy. Widział w nich tyle miłości. Miłości bezgranicznej, ciepłej, takiej, jakiej nikt inny nie mógł dać. I tyle smutku. Smutku z powodu tego, że odchodzi. Nie było w nich jednak ani żalu, ani rozczarowania. On był po prostu doskonały. A Jer musiał go opuścić. Nawet trochę tego chciał. Tylko trochę, bo on… on po prostu Mu zazdrościł. Kochał Go, a jednocześnie też chciał być tak wspaniały, mieć taką władzę, tyle istot pod sobą.
Przyszły mu na myśl obrazy wszystkich stworzeń, którymi się do tej pory opiekował. Wszystkich roślin i zwierząt, zarówno tych maluczkich, jak i tych ogromnych. A wszystkie one były takie dobre…
Ale teraz będzie tylko pustka. Musi zostawić wszystkie te wspomnienia za sobą. Musi udowodnić Mu, jak wielki błąd popełnił, wynosząc tą marną istotkę nad wszystkie inne. I zrobi to. Na pewno. Z taką myślą Jer rzucił się w przepaść.

8. Konflikt

          W malutkim domku przy pobliskiej ulicy żył Staruszek. Był to mężczyzna w dość podeszłym już wieku. Mieszkał sam. Nikt nie wiedział, skąd się tam wziął i czy ktoś z jego rodziny jeszcze żył. Staruszek często siedział na werandzie w swoim bujanym fotelu, ani jeden człowiek nie widział jednak, by kiedykolwiek wychodził poza teren swojego domu. Sąsiedzi, zajęci swoimi sprawami, nie zwracali zbyt wielkiej uwagi ani na mężczyznę, ani na to, skąd bierze pożywienie, kto pielęgnuje jego zawsze zadbany ogród i latem zbiera z drzew owoce. Choć dla tych, którzy postanowiliby się nad tym zastanowić, byłoby to niemałą zagadką…
Pewnego dnia spokój Staruszka został jednak zakłócony. Do furtki prowadzącej do jego domu podeszła Dziewczynka. Miała długie blond włosy związane w dwa warkocze, duże, niebieskie oczy, wąskie usteczka i kilka piegów na nosie. Była blada, a kości policzkowe bardzo wyraźnie zaznaczały się na jej malutkiej twarzyczce. Na początku wyglądało to dość zabawnie- Dziewczynka była zbyt niska, by dosięgnąć czubkiem głowy nad bramkę, w stronę domku spoglądała więc z ciekawością tylko przez szpary w furtce. Z czasem zaczęło to jednak Staruszka denerwować. Blondynka była bowiem bardzo wytrwała i stała tam już bardzo długo, choć tak naprawdę nikt nie wiedział po co. Po upływie półtorej godziny mężczyzna podniósł się powoli i, spoglądając na dziewczynkę z niekrytym wyrzutem oraz gniewem, wszedł do domku. Już chwilę później Dziewczynki tam nie było.
Sytuacja ta powtarzała się przez kilka dni. Już po tygodniu Staruszek nie wytrzymał i gniewnym krokiem podszedł do ogrodzenia, kurczowo trzymając w dłoni laskę.
- Co ty tu robisz? – mruknął pod nosem tak cicho, że usłyszeć go mogła tylko osoba stojąca obok. Dziewczynka zaśmiała się głośno i popatrzyła mu w oczy, co tylko zirytowało mężczyznę. – Czy mogłabyś sobie stąd pójść? – warknął i odwrócił wzrok. Niebieskooka, nadal z uśmiechem na ustach zaprzeczyła, jeszcze uważniej mu się przyglądając. Staruszek, zobaczywszy to kątem oka, zaklął pod nosem, odwrócił się gniewnie i najszybciej jak potrafił, wrócił do domu.
Następnego dnia Staruszek znów wyszedł na werandę. Blondynka, która już czekała pod furtką, uśmiechnęła się na jego widok. Mężczyzna zacisnął zęby i podszedł do ogrodzenia.
- Nie zamierzasz odejść? – rzucił gniewnie.
- Nie – odpowiedziała Dziewczynka cichym, dźwięcznym głosikiem.
- Nie?
- Nie. – Usłyszawszy to, Staruszek wpadł w furię. Bo w końcu- ile można znosić takie zachowanie?! Zrobił krok do przodu i uderzył Dziewczynkę w policzek. Ta przetarła go tylko od niechcenia, ale nie ruszyła się z miejsca. Staruszek popchnął ją. Nie było to jakieś wybitnie mocne popchnięcie, jednak Dziewczynka była krucha i delikatna. Dla niej było ono zbyt mocne. Niebieskooka straciła równowagę i, nadal uśmiechając się i zachowując spokój, upadła na ulicę. Ani ona, ani Staruszek, nie zauważyli kiedy zza zakrętu wyjechał z zabójczą prędkością samochód. I tym razem określenie zabójcza wcale nie było przesadne. Dziewczynka zniknęła pod kołami auta.
Kierowca z piskiem opon zatrzymał samochód. Krzycząc, wyszedł z niego, by wyciągnąć blondynkę spod kół pojazdu. Uklęknął i zaczął rozglądać się za ciałem Dziewczynki, ale nigdzie nie mógł go znaleźć.

Tym razem bez podsumowania. I wydaje mi się zresztą, że już w ogóle z takiej formy zakończenia zrezygnuję, nie jestem w pisaniu takowej dobra i chyba lepiej będzie zostawić tekst tak jak jest. Chyba że ktoś wyłowi jakiś błąd czy coś w tym stylu. W takich sytuacjach - krzyczeć, a poprawię.

7. Lustro

         Emily stała przed lustrem, przyglądając się swemu odbiciu. Nigdy nie narzekała na swój wygląd. Była ruda i raczej drobna, z mnóstwem piegów na twarzy, słodkimi dołeczkami, pojawiającymi się przy każdym uśmiechu i trochę krzywym, małym nosem, który nie był jednak szpecący, z czasem nastolatka nawet go polubiła. Mimo że jej urodę można by określić jako odrobinę dziecinną, Emily nie marudziła, wiedziała przecież, że mogłoby być gorzej – co dzień widziała twarz swojej siostry, tak bardzo oszpeconą przez poparzenie, z którego ledwo uszła z życiem.
Dziewczyna już od kilku minut z uśmiechem na ustach układała coraz to nowe, zabawne, pełne rozmachu fryzury, które mogłyby z powodzeniem zagościć na głowie kogoś takiego jak Szalony Kapelusznik.
Po raz kolejny szybkim ruchem ręki Emily przedzieliła swoją nieokiełznaną czuprynę na dwie nierówne części i ułożyła z nich na czubku głowy rozczochrane „półkoki”, z których część włosów po prostu nie skręciła się do końca i swobodnie wychodziła spod ręki nastolatki. Wyglądało to tym dziwniej, że grzywka dziewczyny, przez nikogo niekontrolowana, zaczęła wymykać się z tej zwariowanej fryzury i wykręcać na różne strony. Emily wybuchnęła śmiechem. Uwielbiała tą zabawę i z przyjemnością praktykowała ją w wolnych chwilach. Uspokajała ją, pozwalała się zrelaksować i na chwilę zapomnieć o wszystkich problemach.
Nagle na ramionach nastolatki pojawiła się gęsia skórka. Dziewczynę ogarnęła fala tego zimnego powietrza, za którym nigdy specjalnie nie przepadała. Od zawsze lubiła ciepło, często przeszkadzał jej nawet najmniejszy chłodny powiew, dlatego teraz wykrzywiła się, opuściła nieposłuszne włosy na ramiona i odruchowo skierowała w stronę okna, by je zamknąć, gdy jednak do niego podeszła, ze zdziwieniem stwierdziła, że nie jest nawet rozszczelnione. Skąd więc to zimno? Emily odwróciła się w stronę drzwi, ale one również nie były otwarte. W zamku tkwił nawet przekręcony klucz. Zdezorientowana wzruszyła ramionami i znów podeszła do lustra, by zabrać pozostawioną na szafce przy nim komórkę. Wzięła do ręki telefon, a odchodząc, rzuciła jeszcze jedno spojrzenie w stronę szklanej tafli.
Na swoim ramieniu dziewczyna poczuła lodowate zimno, jeszcze większe niż to wcześniejsze. Odwróciła się i zobaczyła wysoką postać otuloną szczelnie czarnym płaszczem. Jej twarz była niewidoczna, ale z kaptura wychodziły kosmyki czarnych włosów. W ręku trzymała stary sierp, w wielu miejscach pobrudzony krwią.
W tej samej chwili w całym domu rozległ się przeraźliwy głos. Głos Emily.

6. Poszukiwania

- Zwariowałeś? – Amy zrobiła gwałtowny unik. Odgarnęła z oczu kosmyk włosów, który w wyniku porywczego ruchu wyplątał się ze splecionego z jej długich, orzechowych włosów koka, który właściwie teraz był już co najmniej w rozsypce. Dziewczyna była dość szczupła i wysportowana, ale on był od niej silniejszy. Popatrzyła na niego swoimi dużymi, zielonymi oczami. Zobaczyła, oczywiście, wysokiego, niebieskookiego, dobrze zbudowanego szatyna, którego tak dobrze znała. Choć… może tylko jej się tak wydawało? Przecież to nie mógł być ten sam człowiek, na pewno nie tak o nim myślała przez wszystkie dni ich znajomości. Teraz wpadł w jakąś wielką, nieopisaną furię. Amy nie była pewna, czy nawet on sam wiedział, dlaczego. – Czy ty już do końca oszalałeś?!
Mike się roześmiał. Nie był to jednak jego zwykły, normalny śmiech. Był nadnaturalny, groźny i szalony, zupełnie jak śmiechy szalonych naukowców, znanych Amy z przeróżnych projekcji filmowych. I nagle, tak po prostu, bez zapowiedzi się skończył, urwał. To jeszcze bardziej zaskoczyło dziewczynę, która była już dość zszokowana. Szybko przetarła oczy, by przekonać się, że to na pewno nie sen, otworzyła je i… nikogo już nie zobaczyła. Mike znikł, a cały pokój wyglądał jak jeszcze przed jego przybyciem.
Amy jeszcze raz przetarła oczy, tym razem mocniej, a kiedy nikogo tam nie zobaczyła, rozejrzała się po pomieszczeniu. Obejrzała się za siebie, podeszła do okna, otworzyła je na oścież i wychyliła się przez nie. Nikogo tam nie było, wszystko wyglądało zwyczajnie: ulica, jako że główna, była oczywiście cała zakorkowana, po chodniku przemieszczało się wielu zabieganych ludzi, a z każdego bloku wylewały się coraz to nowe tłumy osób zmierzających do pracy. Dziewczyna z niedowierzaniem odwróciła się od hałaśliwego miasta.
- Szukałaś kogoś?- zapytał Mike, wpatrując się w nią swymi szalonymi, niebieskimi oczami i przybliżając nóż trzymany w swej dłoni do gardła dziewczyny.

Czasami to, czego szukamy, jest obok nas, na wyciągnięcie ręki. Czasami. Często jednak musimy o to walczyć kosztem siebie i innych. Walczyć, ponosząc ogromne straty. I tutaj pojawia się pytanie: czy to wszystko aby na pewno jest warte takiego poświęcenia? Czego my tak naprawdę w tym życiu szukamy, a czego szukać powinniśmy?

5. Wspomnienia

           Siedzisz na zimnej, mokrej ziemi z nogami podciągniętymi pod brodę. Twoje ciało ogarnia fala wszechobecnego mrozu. Trzęsiesz się z zimna, dygoczesz. Nie możesz się ruszyć, chociaż bardzo tego chcesz. Nie możesz stąd uciec. Przecież stąd nie ma ucieczki.
Przez twoją głowę przechodzi milion myśli na minutę: o rodzicach, o nieznośnym, a jednak i tak kochanym przez ciebie bracie, o przyjaciołach, domu rodzinnym i tym, do którego niedawno się wprowadziliście. Chcesz się uśmiechnąć, ale nie dajesz rady. Nadpływa następna fala myśli.
Na chwilkę przed twymi oczyma staje twój własny obraz. Siedzisz na kanapie w swoim pokoju. Głowa jest spuszczona w dół. Płaczesz? Nie, to tylko jakiś kurz w twoim oku. Wstajesz, podchodzisz do biurka, bierzesz do ręki żyletkę i znów wracasz na sofę. Przykładasz ostrze do skóry. Tniesz. Leje się krew…
Wzdrygasz się. Dlaczego to wróciło?! Przecież już tak dawno z tym skończyłeś. To miało odejść!
Teraz widzisz siebie siedzącego tutaj, w zimnie i przerażającej ciszy, którą tylko od czasu do czasu przeszywają jakieś jęki. Do twoich nozdrzy dociera jakiś nieprzyjemny zapach, ale nie możesz wstać i sprawdzić, co to jest. Musisz tu siedzieć. Zupełnie, jakbyś był przykuty do ściany żelaznymi kajdanami. A przecież nie jesteś.
Otwierają się drzwi, lecz ty nie możesz nawet spojrzeć w ich stronę. Czujesz, jak jakaś postać podchodzi do ciebie i bierze na ręce. Chyba przewidziała, że nie będziesz się w stanie ruszyć. Jej dłonie są ogromne i szorstkie, ale do ciebie i tak to nie dociera.
- Teraz twoja kolej. - Słyszysz jej niski, zimny głos. A potem nie ma już nic. 

4. Komplikacje

Po pustej drodze jechał powoli czarny mercedes. Kierowca - młody, przeciętnej urody Amerykanin, prowadził go z godnym podziwu spokojem, pomimo iż była właśnie druga trzydzieści w nocy, a on przemierzał ciemny, nieznany mu dotąd las. Miał na sobie jasną, skórzaną kurtkę, ciemnoniebieskie jeansy i pomarańczowe trampki. Wszystko to nie do końca do siebie pasowało, ale nie miało to dla chłopaka większego znaczenia. Miał teraz pewien cel, który zamierzał osiągnąć.
Danny, bo tak właśnie było mu na imię, miał ciemnobrązowe włosy, orzechowe oczy, nieduży nos i wąskie usta, a na swojej szyi zawiesił odwrócony pentagram - znak przynależności do sekty. Na ręce niedawno zawiązano mu czerwoną wstążeczkę.
Po chwili chłopak włączył w samochodzie radio. Znudziło mu się już oglądanie wszechobecnych drzew, z których każde wyglądało tak samo jak poprzednie. Potrzebował więcej rozrywki, a na nic innego w tej chwili nie mógł liczyć.
Było kilka minut przed trzecią, kiedy Danny zatrzymał samochód. Znajdował się na jakiejś niewielkiej polanie w samym środku ogromnego, ciemnego boru. Wysiadł i rozejrzał się wokół, nie zauważył jednak nic ciekawego. Tylko jakiś ciemny kruk krążył nad nim i wyglądał, jakby obserwował każdy jego ruch. Nie dużo czasu minęło, nim znudzony ciągłym lataniem ptak usiadł na gałęzi, by z tego punktu dalej przyglądać się ciemnowłosemu chłopakowi.
Danny wrócił do samochodu. Znów włączył radio, które zgasło wcześniej wraz z wyciągnięciem kluczyków ze stacyjki. Z głośników popłynęły pierwsze nuty dobrze znanej mu piosenki.
Była minuta przed trzecią nad ranem, a na leśnej polanie ktoś siedział w swoim samochodzie i wyraźnie czegoś szukał. Kiedy w końcu znalazł, była już równa trzecia. Pogłośnił radio i wysiadł ze swojego mercedesa.
Stanął na samym środku polanki. Do skroni przyłożył sobie trzymany w dłoni pistolet, a po całym lesie rozległ się jego donośny, przerażający, gardłowy śmiech.


Jeden moment nieuwagi, chwila zadumania, próba zakosztowania czegoś, do czego może właśnie nie powinno się w ogóle podchodzić. Manipulacja. A później już tylko brak odwrotu. I… koniec. Przykry, beznadziejny koniec. I nieustannie powracające pytanie: czy warto było…?

3. Koniec

         - Emma, co się stało? - dziewczyny przekrzykiwały się jedna przez drugą, stojąc nad leżącym bez czucia, chudym ciałem koleżanki. Miała krótkie, niezbyt gęste blond włosy, mały, zadarty nos, zapadnięte policzki i długie palce z nie najkrótszymi paznokciami. - Wstawaj!
Dookoła panował mrok. Było już bardzo późno, a one włóczyły się same, choć właściwie teraz to już same stały, na szkolnym boisku. Nie było to zbyt rozsądne ani bezpieczne.
- Pomóc ci? - Diana wpatrywała się zaniepokojona w twarz przyjaciółki, która stawała się coraz bledsza. Nie usłyszawszy odpowiedzi, dziewczyna zaczęła klepać Emmę w policzki. - Zimne! - wykrzyknęła pełna zdumienia. Ogarnęło ją wielkie przerażenie. Zaczęła spodziewać się najgorszego. Powoli nachyliła się nad przyjaciółką, by sprawdzić czy oddycha. Nie. Nic nie usłyszała. Sprawdziła tętno, a gdy go nie wyczuła, gwałtownie się odsunęła. - Nie…. Nie żyje - wykrztusiła tylko i bardzo szybko odwróciła się, i odbiegła, trzymając ręce na ustach.
Dziewczyny popatrzyły na siebie bezradnie. Były przerażone. Jedna z nich niepewnie podeszła do leżącej na ziemi Emmy. W przypływie paniki postanowiła rozpocząć jej reanimację, choć doskonale wiedziała, że nic to nie da. Chciała uratować trupa.
Melisa nachyliła się i położyła ręce na klatce piersiowej koleżanki, by rozpocząć uciskanie, gdy usłyszała dobiegający z niedaleka, najprawdopodobniej zza rogu hali sportowej, zimny, niski, męski, donośny głos.
- Zostaw. Długo już tak nie będzie leżeć. Za chwilę nastąpi przemiana.

2. Bieg

     Luna biegła najszybciej, jak potrafiła. Z trudem omijała drzewa, często potykała się o wystające z ziemi korzenie lub wszechobecne kamienie. Oddychała ciężko, bardzo się zmęczyła. Nie była urodzoną sprinterką, a teraz biegła już dość długo. To ją do tego zmuszało. To było silniejsze niż ona. Luna nie chciała wiedzieć, co zrobiłoby jej, gdyby ją złapało. Bała się Tego. Bardzo się bała. Dałaby wszystko, żeby się Tego pozbyć. Niestety nie było jak.
     Obejrzała się za siebie. To było coraz bliżej. Luna wyobraziła sobie, że czuje oddech Tego na swoim karku. Po plecach przebiegł jej dreszcz. Nie mogła na to pozwolić. To nie mogło jej złapać. Musiała być szybsza. Zmusiła swój wyczerpany już organizm do jeszcze większego wysiłku i znów przyspieszyła.
     Skręciła w prawo. Teraz w lewo. I znowu w lewo. Zły ruch. To skróciło sobie drogę i było już coraz bliżej Luny. To nie chodzi ścieżkami, zajmuje raczej każdą inną pozycję. To nie przyporządkowuje się zasadom, one powinny przyporządkować się Temu. To nie będzie chodzić po ścieżkach, przecież ścieżki powinny układać się pod stopami Tego. Było już tak blisko... Za chwilę ją złapie...
     Luna jeszcze raz zebrała wszystkie resztki sił, jakie jej zostały. Przyspieszyła. Szybko jednak się zmęczyła i już po chwili nie mogła złapać oddechu. Coraz częściej się potykała, ale ani raz jeszcze nie upadła. To było już tak blisko...
    Nareszcie nastąpił ten moment. Dziewczyna przewróciła się i już nawet nie próbowała wstać. Wiedziała, że nadszedł koniec. Teraz już To ją na pewno dopadnie. Złapie ją i udusi albo zrobi z nią jeszcze coś gorszego. Niestety ona nie dała już rady walczyć. Zacisnęła mocno powieki i zastygła w bezruchu, czekając, co się wydarzy.


     Czasami nie mamy wystarczająco dużo siły, by coś zrobić. I może być tak, że nie da się czegoś zrobić samemu, ale to nie powód, aby przestać walczyć. Dokoła nas tyle ludzi, wystarczy przecież tylko poprosić o pomoc...

1. Jaskinia

          - Ann! Gdzie jesteś? Nie widzę cię! - krzyczał Jack, rozglądając się wokół. Był młodym mężczyzną, wysokim - mierzył około stu dziewięćdziesięciu centymetrów. Jego postura nie pozostawiała niczego do życzenia - wszystko było tak, jak być powinno - barki szerokie, mięśnie wyrzeźbione, zapewne po długiej i męczącej pracy na siłowni. Rysy twarzy Jacka nie były zbyt wyraźnie widoczne przy słabym świetle lampy, którą trzymał w ręku. Z daleka można było zobaczyć tylko jego dobrze zbudowaną sylwetkę, poruszającą się po krętych, ciemnych korytarzach jaskini.
Jack podniósł rękę i powoli dotknął nią zimnych ścian niekończącego się tunelu. Pogładził kamień, szybko jednak cofnął dłoń, gdyż po jego plecach przebiegł lodowaty dreszcz. Nie było to takie zwyczajne uczucie, ogarniające człowieka stojącego na śniegu lub w przeciągu. Ten dreszcz przeszył całe jego ciało, od palców stóp aż po czubek głowy. Mężczyzna włożył rękę do kieszeni i poszedł dalej, głośno krzycząc i nawołując tamtej dziewczyny.
- Ann, odezwij się wreszcie! To już nie jest zabawne! Wyjdź! - Jack przemierzał korytarze już kilkadziesiąt minut i był naprawdę mocno zdenerwowany. - Ann!
Nie usłyszawszy odpowiedzi, mężczyzna uderzył pięścią w gładką ścianę jaskini. Znów zalała go ta niepokojąca fala mrozu. Tym razem była jednak jeszcze większa.
- Na pewno chcesz ją z powrotem? - W uszach chłopaka rozbrzmiał niski, lodowaty, przerażający głos, dochodzący chyba zza jego pleców. Przed nim pojawiła się smukła, zgarbiona postać z rozwichrzonymi włosami, cała umazana krwią. Szczególnie na twarzy.


 Nie każdy człowiek jest tym, za którego się podaje czy tym, na którego wygląda. Nie każdemu można ufać. Właściwie najbezpieczniej byłoby nie ufać nikomu, ale wtedy doprowadzilibyśmy się do szaleństwa. I to choć dla tego najmniejszego powodu warto jest mieć zawsze choć jedną osobę, której będziemy mogli powiedzieć wszystko i która na 99% nie zdradzi. Jeżeli jednak zdradzi- trudno, będzie boleć...

***

Witam, witam i o zdrowie pytam. Jestem Mossi i dziś założyłam mój pierwszy blog na blogspocie, dlatego nie dziwcie się, że grafika beznadziejna i wszystko jeszcze leży. Przepraszam za to, postaram się jak najszybciej tu ogarnąć, a póki co zostawiam wam pierwsze opowiadanie. Może ktoś nawet skusi się, by wyrazić swoje zdanie?

Wiadomości

... za szablon (dostosowany do rozdzielczości ekranu 16:10 i 16:9) dziękuję cudownej Jill z równie cudownych Zaczarowanych szablonów.