Uwaga!

4. Komplikacje

Po pustej drodze jechał powoli czarny mercedes. Kierowca - młody, przeciętnej urody Amerykanin, prowadził go z godnym podziwu spokojem, pomimo iż była właśnie druga trzydzieści w nocy, a on przemierzał ciemny, nieznany mu dotąd las. Miał na sobie jasną, skórzaną kurtkę, ciemnoniebieskie jeansy i pomarańczowe trampki. Wszystko to nie do końca do siebie pasowało, ale nie miało to dla chłopaka większego znaczenia. Miał teraz pewien cel, który zamierzał osiągnąć.
Danny, bo tak właśnie było mu na imię, miał ciemnobrązowe włosy, orzechowe oczy, nieduży nos i wąskie usta, a na swojej szyi zawiesił odwrócony pentagram - znak przynależności do sekty. Na ręce niedawno zawiązano mu czerwoną wstążeczkę.
Po chwili chłopak włączył w samochodzie radio. Znudziło mu się już oglądanie wszechobecnych drzew, z których każde wyglądało tak samo jak poprzednie. Potrzebował więcej rozrywki, a na nic innego w tej chwili nie mógł liczyć.
Było kilka minut przed trzecią, kiedy Danny zatrzymał samochód. Znajdował się na jakiejś niewielkiej polanie w samym środku ogromnego, ciemnego boru. Wysiadł i rozejrzał się wokół, nie zauważył jednak nic ciekawego. Tylko jakiś ciemny kruk krążył nad nim i wyglądał, jakby obserwował każdy jego ruch. Nie dużo czasu minęło, nim znudzony ciągłym lataniem ptak usiadł na gałęzi, by z tego punktu dalej przyglądać się ciemnowłosemu chłopakowi.
Danny wrócił do samochodu. Znów włączył radio, które zgasło wcześniej wraz z wyciągnięciem kluczyków ze stacyjki. Z głośników popłynęły pierwsze nuty dobrze znanej mu piosenki.
Była minuta przed trzecią nad ranem, a na leśnej polanie ktoś siedział w swoim samochodzie i wyraźnie czegoś szukał. Kiedy w końcu znalazł, była już równa trzecia. Pogłośnił radio i wysiadł ze swojego mercedesa.
Stanął na samym środku polanki. Do skroni przyłożył sobie trzymany w dłoni pistolet, a po całym lesie rozległ się jego donośny, przerażający, gardłowy śmiech.


Jeden moment nieuwagi, chwila zadumania, próba zakosztowania czegoś, do czego może właśnie nie powinno się w ogóle podchodzić. Manipulacja. A później już tylko brak odwrotu. I… koniec. Przykry, beznadziejny koniec. I nieustannie powracające pytanie: czy warto było…?

3. Koniec

         - Emma, co się stało? - dziewczyny przekrzykiwały się jedna przez drugą, stojąc nad leżącym bez czucia, chudym ciałem koleżanki. Miała krótkie, niezbyt gęste blond włosy, mały, zadarty nos, zapadnięte policzki i długie palce z nie najkrótszymi paznokciami. - Wstawaj!
Dookoła panował mrok. Było już bardzo późno, a one włóczyły się same, choć właściwie teraz to już same stały, na szkolnym boisku. Nie było to zbyt rozsądne ani bezpieczne.
- Pomóc ci? - Diana wpatrywała się zaniepokojona w twarz przyjaciółki, która stawała się coraz bledsza. Nie usłyszawszy odpowiedzi, dziewczyna zaczęła klepać Emmę w policzki. - Zimne! - wykrzyknęła pełna zdumienia. Ogarnęło ją wielkie przerażenie. Zaczęła spodziewać się najgorszego. Powoli nachyliła się nad przyjaciółką, by sprawdzić czy oddycha. Nie. Nic nie usłyszała. Sprawdziła tętno, a gdy go nie wyczuła, gwałtownie się odsunęła. - Nie…. Nie żyje - wykrztusiła tylko i bardzo szybko odwróciła się, i odbiegła, trzymając ręce na ustach.
Dziewczyny popatrzyły na siebie bezradnie. Były przerażone. Jedna z nich niepewnie podeszła do leżącej na ziemi Emmy. W przypływie paniki postanowiła rozpocząć jej reanimację, choć doskonale wiedziała, że nic to nie da. Chciała uratować trupa.
Melisa nachyliła się i położyła ręce na klatce piersiowej koleżanki, by rozpocząć uciskanie, gdy usłyszała dobiegający z niedaleka, najprawdopodobniej zza rogu hali sportowej, zimny, niski, męski, donośny głos.
- Zostaw. Długo już tak nie będzie leżeć. Za chwilę nastąpi przemiana.

Wiadomości

... za szablon (dostosowany do rozdzielczości ekranu 16:10 i 16:9) dziękuję cudownej Jill z równie cudownych Zaczarowanych szablonów.