Uwaga!

17. Karty

- Tu jest wciąż zbyt kolorowo! - krzyknęła zniecierpliwiona królowa. - Szybko, przynieście więcej białej farby!

Proces malowania pałacu trwał już zdecydowanie zbyt długo. Jak i ostatnio. Od kilku minut królowa miała wielką ochotę po prostu ściąć tych marudnych malarzy i zatrudnić innych. Jedynym ich szczęściem i ratunkiem były zbliżające się święta. Co roku o tej porze władczyni łagodniała i, jak nakazywała tradycja ustanowiona zeszłej zimy, przez okrągłe siedemdziesiąt dwie godziny nie skazywała nikogo na karę śmierci. Ten ogromny gest miłosierdzia choć na chwilę uwalniał poddanych od troski o obecny humor Jej Królewskiej Mości.

- Szybciej, szybciej! Nie zapominajcie, że ogrodowe róże są wciąż jeszcze niepomalowane! No, szybciutko! Ktoś musi chyba poobrywać liście z krzaków i drzew. A jeśli się nie pospieszycie, zostaniecie po godzinach i będziecie to robić właśnie wy! - Karciani pracownicy wymienili tylko krótkie, niezadowolone spojrzenia, westchnęli i wzięli się do pracy ze zdwojoną prędkością. W istocie zadanie nie było znowu wcale takie ciężkie. Wystarczyło wylewać na ścianę odpowiednie ilości farby, nie przejmując się niczym innym - podłoga i wszystkie meble i tak same się czyściły.

Okrutna królowa prychnęła, pokręciła swoją ogromną głową, wstała i, ciągnąc za sobą bardzo długi tren swej białej, zimowej sukni, wyszła z wielkiej sali balowej.

Właśnie w tym momencie zaczęła się najbardziej pożądana przez malarzy część pracy. Pewnie pomyśleliście, że chodzi o przerwę? Cóż, co prawda to normalne, ale akurat nie w tym przypadku. Wyobraźcie sobie, że w tej chwili zaczęli nagle zamiast ścian ochlapywać siebie nawzajem. “Wesołych Świąt!” - to wołanie w jednej chwili wypełniło całą ogromną salę. Karciane ludki uwielbiały święta Bożego Narodzenia. To jedyny dzień w roku, w którym mogli się bawić i wygłupiać (byle tylko nie na oczach królowej!), nie ryzykując utraty głowy. 

Farba była dosłownie wszędzie. Każda część papierowego ciała wyglądała jak po przejściu białej powodzi. Nawet niektóre znaczki na kartach zostały zakryte. Białe kleksy pokrywały teraz ściany pałacu. W tej przyjemnej atmosferze praca mijała bardzo szybko. Nawet nie spostrzegli, gdy wybiła godzina nadejścia królowej. Na szczęście wszystko było już wtedy gotowe. Jak zawsze zdążyli na ostatnią chwilę.

Gdy ostatnie rusztowanie zostało usunięte, rozpoczęły się przygotowania na wielki bal. W całym pałacu czuć było piękne zapachy przygotowywanych przez znikające koty potraw. Dwanaście różnych dań zostało starannie ułożonych na długim, przykrytym obrusem stole. Na środku, pomiędzy nimi, ułożono talerz z wielkim stosem białych opłatków. 

Nagle w całym królestwie usłyszeć można było donośny dźwięk gongu. Z najdalszych krańców państwa zaczęli nadbiegać uśmiechnięci, szczęśliwi obywatele. Powstała ogromna wrzawa, każdy próbował dostać się jak najbliżej królowej, która dziś miała być tak ciepła i dobroduszna jak nigdy. W końcu na święta wszyscy się zmieniają. 




Z Marceliną.
Na wyrost trochę, ale wesołych świąt wszystkim, jeżeli jeszcze tu ktoś w ogóle zagląda. 

16. Poniżenie

Vea siedziała przy stole, trzymając w dłoni kieliszek napełniony winem. Palce drugiej ręki stale prześlizgiwały się po krawędzi naczynia. Była zdenerwowana, a jednocześnie jakoś dziwnie spokojna. Nie umiała pojąć swoich uczuć. Sama już nie wiedziała, które z nich jest silniejsze i dlaczego w ogóle są, jakie są.
Nienawidziła go. Tak bardzo go w tej chwili nienawidziła. Tego jednego była pewna. Jednocześnie jednak dawna miłość nie wygasła i wciąż tliła się jeszcze w pełnym łat i dziur sercu kobiety. Nie chciała tak po prostu odejść. Nie mogła. Pomimo tego, co robił jej co dzień.
Utkwiła swoje brązowe oczy w krwistoczerwonym trunku. Poprawiła się na krześle tak, że było jej w tej chwili dużo bardziej wygodnie. Założyła nogę na nogę i znów poddała się rozmyślaniom, zadowolona, że teraz nic jej nie przerwie. Odgarnęła kasztanowe włosy, opadające jej stale na twarz, zatapiając się we wspomnieniach. Tych niedawnych oraz tych, które powróciły z dość odległej już przeszłości.

Vea siedziała, skulona, na parapecie, trzymając w dłoni szklankę z napojem pełnym przyczajonych procentów i wpatrując się w okno. Zawsze lubiła widok miasta nocą. Doszukiwała się w nim wiecznie spieszących się ludzi, a każdego z nich obdarowywała barwną, za każdym razem bardziej nieprawdopodobną, historią. I teraz chciała tak zrobić, ale brakowało jej wyciszenia. Trudno znaleźć spokój na takiej zabawie. Żałowała, że w ogóle tutaj przyszła. Od wiedziała początku, że będzie się nudzić, ale Ev bardzo nalegała, nie mogła się nie zgodzić. Vea nigdy nie była typem imprezowiczki. Od czasu do czasu lubiła się napić lub zrobić coś głupiego w gronie najbliższych znajomych, ale jednak… nie, to nie było miejsce dla niej. Nie dziś.
Ktoś otworzył drzwi. Dziewczyna nie zareagowała, dalej wpatrując się w okno. Stwierdziła, że jeżeli to ktoś dobrze wychowany i ma choć odrobinę wyczucia, powinien się wycofać, spostrzegłszy, że przeszkadza. A jeżeli nie… cóż, ktoś tu chyba będzie miał problem. I to nie będzie ona.
- Coś się stało? – Ach, ten nieproszony gość był chyba jednak z tych aż za dobrze wychowanych. Lub aż za dobrze wstawionych, kto wie. Nie odpowiedziała, nawet nie drgnęła. Usłyszała kroki. Jakoś specjalnie nie wyprowadziło jej to z równowagi, w dalszym ciągu siedziała bez ruchu. Chłopak podszedł do niej i delikatnie ujął ramię dziewczyny, by odwrócić ją w swoją stronę. Vea wyraźnie poczuła w wydychanym przez niego powietrzu mieszankę papierosowo-alkoholową. Właśnie dla takich momentów ćwiczyła sztuki walki. Lubiła dawać ludziom nauczki nawet za najdrobniejsze przewinienia. W jednej chwili odwróciła się, wzięła zamach i uderzyła chłopaka w brzuch. Syknął z bólu, zgiął się i objął w pasie, mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem.
- Au! To bolało! – krzyknął z wyrzutem już jak najbardziej trzeźwym głosem. Niespodziewany cios całkiem go przebudził.
- Sam tego chciałeś… - Vea do tej pory nie obdarzyła go jeszcze spojrzeniem trwającym więcej niż kilkanaście sekund. Nie chciała na niego patrzeć. Nie było jej to potrzebne. Nie musiała przyglądać mu się, spoglądać w oczy z miłością lub wręcz odwrotnie – nienawiścią czy rzucać zalotnych spojrzeń. Była niezależna.
Widziała go tak naprawdę przez chwilę, w półcieniu. Nic nie było wyraźne, mało co dała radę zobaczyć. A pomimo tego to zdarzenie wręcz podejrzanie zapadło dziewczynie w pamięć. Obraz tajemniczego chłopaka, który po otrzymanym ciosie zamiast uciec czy po prostu wyjść zaczął jej się tym wnikliwiej przyglądać i opuścił pomieszczenie dosłownie po upływie około dziesięciu minut, stale powracał – w snach, w przemyśleniach, w chwilach wolnych i tych, w których powinna być zajęta czymś innym. Była ciekawa. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Nie obchodziło jej to. Zawsze musiała wszystko wiedzieć.
Jego tydzień też nie był spokojny. Pełen wizji, marzeń, pragnień był dla chłopaka walką o przetrwanie. Stawał w pojedynku o nią z własnym rozsądkiem, w każdej minucie i dnia, i nocy. Wtedy tego nie wiedziała, powiedział jej o tym dopiero po kilku tygodniach od chwili, w której spotkali się po raz drugi. I znów jakaś niewidzialna siła zadziałała, wpychając ich na siłę do tego samego sklepu. To był najlepiej wyposażony dział z zabawkami dla dzieci, jaki można było w najbliższej okolicy spotkać. Nie poznała go od razu. Ba, ona przecież w ogóle go nie poznała! Nie zwróciłaby na niego uwagi, tak jak idąc ulicą nie patrzy na nikogo ani na nic, gdyby nie to, że sam do niej podszedł. Tak bardzo odbiegał od jej snów i wyobrażeń, które bez większego trudu narzuciła dziewczynie noc. Był zupełnie inny. Jedyne, co w tamtych marzeniach zostało całkiem nie zmienione to jego oczy. Takie piękne, głębokie, mroczne. Za nic nie mogła się w nie napatrzeć. Kiedy już podszedł i zaczął coś tam od rzeczy bredzić, Vea zatopiła się w ich otchłani, kompletnie nic nie widząc ani nie słysząc. Szybko jednak otrząsnęła się i znów przybrała tę codzienną, chłodną, może nawet trochę zgorzkniałą minę. Beznamiętnie słuchała wszystkiego, co do niej mówił, tak naprawdę w ogóle się nad tym nie zastanawiając i nic z tego nie rozumiejąc. I po cichu, już dużo bardziej skrycie, kontemplowała tę cudowną czerń.
Od pierwszego spotkania minęło kilka dni, a on wciąż nie dawał spokoju. Był zawsze i wszędzie do jej dyspozycji. Mogła bez trudu tę sytuację wykorzystać, ale nie chciała tego. Nie, chyba za bardzo go polubiła.
Spotykali się co jakiś czas, na początku rzadko, później coraz częściej. Śmiali się, płakali, kłócili i godzili ze sobą. Otoczka, którą zawsze oplatała się dziewczyna zaczynała w jego towarzystwie pękać, pokazywała mu coraz więcej siebie. Był chyba jedynym człowiekiem, któremu zaufała na tyle, by opowiedzieć o wszystkim, każdym szczególe swego życia, nawet o znienawidzonym dzieciństwie, które zawsze było powodem do płaczu i wstydu. Ufała mu.
Po kilku miesiącach zamieszkali razem. Wszystko układało się znakomicie. Planowali założenie rodziny, myśleli o dzieciach. Zaczęli nawet odkładać pieniądze. Co dzień poznawali siebie jeszcze lepiej, odkrywali swe najlepsze, ale i najgorsze strony. Wszystko było niemal idealnie. Studiowali. Co dzień razem wychodzili z domu, Chłopak odprowadzał ją albo pod uniwersytet, albo do znienawidzonej przez nią pracy. Co dzień, niezmiennie, na pożegnanie pochylał się nad nią czule i odciskał ślady swoich pełnych warg na czole dziewczyny. Ten może trochę szczeniacki zwyczaj był dla każdego z nich wyjątkowy – ona wiedziała, że w razie czego zawsze ma kogoś, kto jej pomoże, on był pewien, że jest ktoś, kim musi się za wszelką cenę zaopiekować.
Wszystko zaczęło się jednak sypać tak z dnia na dzień, gdy chłopak przyszedł wściekły do mieszkania i, rzucając tym, co wyglądało na bardziej wytrzymałe, na prawo i lewo, oznajmił Vei, że stracił pracę. Dziewczyna na wpół przerażona jego agresywnością, na wpół zaniepokojona przyszłością zaczęła go pocieszać, że „wszystko na pewno będzie dobrze i jakoś się ułoży”. Jakoś go to nie zadowalało. Musiało być świetnie, najlepiej, cudownie. Dobrze to za mało. Wyrwał się jej, zły na cały świat, i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Wrócił dopiero nad ranem, około piątej, Choć wrócił to chyba za dużo powiedziane. Został przyniesiony, dowleczony przez jakichś kieliszkowych towarzyszy, którzy jakimś cudem poczuli na sobie odpowiedzialność przetransportowania go do mieszkania całego i zdrowego.
Później wszystko poszło już łatwo i szybko. Niezdane kolokwia, nieudana sesja, zawalony licencjat. Za każdym razem, kiedy działo się coś złego on pił, a kiedy chwytał za kieliszek, zdarzało się jeszcze więcej przykrych sytuacji. Stawał się coraz bardziej agresywny. Krzyczał na nią o wszystko, nawet o najmniejsze drobiazgi. Wciągnął się w to i z dnia na dzień bywało coraz gorzej. Vea miała dość, ale nie mogła odejść, za bardzo go kochała. Upokarzał ją, jak tylko mógł, a ona tylko pokornie pochylała głowę. Manipulował nią, a ona, zaślepiona ogromną miłością, nie zdawała sobie z tego sprawy. Zaczął ją bić, ale jak tu o tym komuś powiedzieć? Wolała przecierpieć. A cierpiała bardzo.
Kilka dni temu, w piątek, wrócił do domu wstawiony jeszcze bardziej niż zwykle. Jak zawsze dobiegała już piąta nad ranem. Vea czekała na niego mimo wszystko. Próbowała przemówić mu do rozsądku, ale nie chciał jej słuchać. Położyła rękę na jego ramieniu. Nie najlepsze posunięcie. Zaczął krzyczeć, bić ją, obwiniać o wszystko. Dziewczyna szlochała i cicho krzyczała, wzmagając tym bardziej agresję partnera. Zamieszanie usłyszał chyba jakiś sąsiad, bo po niedługim czasie na parkingu domu stanął policyjny radiowóz. Chłopak najwyraźniej obwiniał za to kobietę, w napadzie furii pochwycił więc metalowy pogrzebacz. Na całym ciele Vea miała pełno siniaków. Musiała schylać się, by nie dostać w głowę. Uciekała jak i gdzie mogła najszybciej. On nie dawał za wygraną. Gonił za nią po całym domu z żelaznym narzędziem w ręku.
Wtedy go znienawidziła. Nie zrozumiała, jak można zajść tak daleko przez małe ludzkie błędy i niepowodzenia. Była wściekła, a zarazem go kochała.

Na wspomnienie tej ogromnej nienawiści zacisnęła powieki i pięści. Nie chciała mieć z nim już  więcej do czynienia, choć przecież nadal go kochała… A jednak została. Pomimo tego, co jej zrobił, nie uciekła. Pomimo całej niechęci do niego nie umiała odejść.
Tamtym razem wyszedł za kaucją. Wyszedł, ale przecież był w areszcie, coś mu się nie powiodło. Kieliszek, drugi, trzeci... Uciekał od niepowodzeń, topił je w coraz mocniejszych trunkach. Pewnie dziś znów wróci o piątej nad ranem. Ostatnio to była codzienność.
Vea siedziała przy stole, trzymając w dłoni napełniony kieliszek. Palce drugiej ręki stale prześlizgiwały się po krawędzi naczynia. Resztka czerwonego wina, która się w nim teraz znajdowała pójdzie na marne, jak na marne poszły jej prośby i zabiegania.
Wolnym ruchem przechyliła kieliszek i wylała całą jego zawartość niczym kropelki krwi na swoje ubranie, palce, na podłogę i obrus. Następnie mocno chwyciła szklane naczynie w dłoń i roztrzaskała kieliszek w swej niewielkiej i delikatnej dłoni w kawałki.


Przepraszam za czcionkę, nie umiem jej ogarnąć...

15. Szpieg


Wygląd? Smukła, wysportowana, zwinna. Wysoka, brązowooka i czarnowłosa. Nos zadarty, ale nie za dużo, tak w sam raz, by dodać dziewczynie trochę uroku. Policzki wiecznie zaróżowione, broda wysunięta do przodu. Rzęsy długie i grube, brwi wygięte w perfekcyjnych łukach. Usta pełne, ozdobione delikatnym błyszczykiem. Włosy proste, najczęściej rozpuszczone, czasem tylko spięte w kucyk.
Była idealna w swej niedoskonałości. Każda najdrobniejsza wada była jak najszybciej maskowana, tak, by nikt jej nie dojrzał. Nawet najmniejszego mikro defektu.
Charakter? Złośnica, zadufana w sobie. Miła, ale bardzo często tylko z interesu. Uśmiechnięta, gdy widziała czyjeś upokorzenie lub osoby, na których opinii jej zależało. Świadoma własnych pragnień, wolna i niezależna. Uparta i konsekwentna, wytrwale dążąca do zrealizowania własnych celów. Jakiekolwiek by one nie były. Egoistyczna i mało empatyczna, ale wrażliwa na własną krzywdę. Kochająca, lecz… zwykle nieszczerze.
Hobby i pasje? Wiele, to zdolna dziewczyna. Śpiewa, gra na flecie, gitarze, keyboardzie, maluje, biega, pisze. Ale wszystko tylko po trochu. W nic chyba nie angażuje się całą sobą. Lecz najbardziej magiczne jest to, że do czego by pierwszy raz nie usiadła, od razu jej się udaje. Przynajmniej ona tak mówi. A skoro tak mówi, pewnie tak ma być. W końcu ona nie kłamie, prawda?
Ulubione sporty? Indywidualne oczywiście. Jeżeli ma wygrywać, woli wygrywać sama.
Kolekcjonuje? Wspomnienia o osobach, którym zepsuła życie. Które zrównała z błotem. Ma ich już dosyć sporo.
Wykształcenie? Po co jej ono? Rzuciła szkołę po dziesięciu latach bezustannej udręki. Obydwie strony odetchnęły z ulgą.

Siedziała na krześle, spisując najważniejsze informacje na temat postaci. Utrwalała każdy najmniejszy nawet pomysł. Wszystko. Kiedy skończyła, jeszcze raz przejrzała swoje notatki. Jeszcze i jeszcze. Nie, to tak nie może być. Skreśliła część, prawie całość. Przeczytała ponownie. Potem znów, znów. Złożyła kartkę na pół. Ze złością zmięła papier w kulkę i wyrzuciła go do kosza.

14. Strzał

Strzał!
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć.
Strzał!
Raz, dwa...
Jeszcze tylko kilka osób, już tak blisko...
… trzy, cztery, pięć.
Strzał!
Raz, dwa...
Tutaj nic dobrego... tak, to koniec.
… trzy, cztery...
Maryś! Co z moją Marysieńką?!
… pięć!
Strzał!
O, jak bezlitośnie muszą się z nimi obchodzić. Nie wracają. To kolejka na nic dobrego.
Raz, dwa...
To tak oczywiste, a pomimo tego tak trudno to powiedzieć.
… trzy, cztery, pięć.
Strzał!
Włączyli jakieś maszyny, nic tu prawie nie słychać, co oni z nimi robią?!
Raz, dwa...
Olekiewicz, „o”, więc „s” tak już niedługo.
… trzy, cztery, pięć.
Strzał!
Raz...
To ostatnie notatki. Na razie czy na zawsze? Boję się odpowiedzi.
… dwa...
Mam nadzieję, że Oleńka choć zdrowa. Boże! Co z nimi będzie? Miej je w opiece. Ale ja... nie wiem nawet czy żyją. Boże, to takie ciężkie!
… trzy, cztery, pięć.
Strzał!
Raz, dwa...
Jak to wygląda? Czy to boli? Cela pustoszeje. Jeszcze ja i dwóch innych mężczyzn. Nikt nie pokazuje że się boi. Ale nie tylko mnie dręczą takie myśli. Wszyscy siedzą w skupieniu, jest tak cicho... Maryś, tak chciałbym wrócić!
… trzy, cztery, pięć.
Strzał!
Przyszli po Romańskiego. Boże, Ty już tak niedaleko!
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć.
Strzał!
Tempo mają tak szybkie, teraz ja. Został tylko Zgubiński. Ułamek sekundy na pożegnanie. Kto wie, czy się jeszcze kiedyś spotkamy. Kto wie, czy spotkamy jeszcze kogokolwiek innego niż wszechobecni tu Rosjanie.

Prowadzili go wąskim i ciasnym korytarzem. Narzucili tak szybki krok. Spieszyli się. Szybka wymiana zdań z jakimś innym Ruskiem, szybkie wyjście na zewnątrz, szybkim krokiem do lasu. Szybko, szybko! Byle jak najwcześniej, byle jak najwięcej. Popychali, szturchali, niech się pospieszy wreszcie! Tak, piękny oficer, co marszu porządnego odprawić nie umie!
Szybko! W stronę lasku. Tam ciemno, a w okolicy szum maszyn tylko słychać. Och, jak tam głośno! Nic to, nic dobrego. Raz, dwa... Kolejne kroki okupione kolejnymi sekundami wyczekiwania i niepewności.
Dziś mi przyjdzie umrzeć, tak bez pożegnania. Wybacz Marysieńko, wybacz mi, kochanie!
… trzy, cztery...
Weszli w ciemny lasek, już wie, co go czeka. Już jest tego pewien.
… pięć!
Strzał!
W tył głowy, ciało do dołu. Okrucieństwo bezgraniczne. Bezosobowość. Nic, nic nie ważne. Dalej, dalej!
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
Strzał!
Raz, dwa, trzy...
I w kółko ten schemat „raz, dwa, trzy (…), pięć, śmierć!”
I jeszcze raz: raz, dwa, trzy...
I znowu...
I nie widzą nic. Ich oczy umarły razem z trzecim trupem.


W zasadzie, to sama nie wiem, co o tym myśleć.  Po prostu napiszę Wam, że to tylko moje wyobrażenia na ten temat.

13. Teatr


Pewnym krokiem zeszła ze sceny i ruszyła w stronę charakteryzatorni. W mgnieniu oka zdjęła z siebie krwistoczerwoną sukienkę, sięgnęła po jeansy oraz jasną bluzkę i włożyła je, nie oglądając się nawet na innych znajdujących się tam aktorów. Nie tak to miało wyglądać. Prawda, chciała grać, ale chciała też być częścią tego teatru. A jest.... nikim. Ewentualnie czymś bez duszy. Przyszła tylko po to, żeby zrobić swoje i wyjść. Nie chcą jej, chcą tylko umiejętności i porządnej gry. Nie interesuje ich nic więcej. Ani to, jaka jest, ani to, co lubi. Może dlatego ma już dość? Może dlatego straciła zaufanie i szacunek do innych ludzi?
Gra to coś, co towarzyszyło jej od zawsze. Dosłownie. Choć nie zawsze na scenie, bardzo często odgrywała coś już od najmłodszych lat. Zamykała się w sobie. Tylko ona znała prawdę o tym, co ma w sercu, a nawet jej wszystko zaczynało się już mieszać. Sama nie wiedziała, kogo kocha, a kogo nienawidzi. Czy umie wybaczyć, czy może ten, kto zawinił już nigdy przebaczenia nie dostanie. Ale nie chciała, by inni wiedzieli, że się gubi. Wolała, by wszyscy myśleli, że jest idealnie. Przynajmniej nie będą się czepiać i nieudolnie próbować jej pomóc.
Nauczyła się tego w domu. Tego pozerstwa i udawania. Po co powiedzieć sobie, że się nie dogadujemy, że coś jest chyba nie tak, że nie lubimy tego a tego w zachowaniu drugiego, po co? Przecież dużo lepiej jest udawać, że wszystko jest okej pomimo tego, że nikt tutaj niczego o reszcie nie wie.
Nigdy nie miała przyjaciółki. Ale takiej prawdziwej. Bo taka sztuczna kiedyś się do niej przyplątała i już nie chce odczepić. A zmieniła się w przeciągu tych kilku lat bardzo. Szczerze mówiąc, Magda wolałaby, żeby dała sobie już z tym wszystkim spokój. Miała jej zdecydowanie dość. Nie dosyć, że nie pomaga, to jeszcze dobija. Naprawdę. A głupia, głupiutka Madzia nie ma sił, by powiedzieć jej w twarz, że to koniec. I dalej musi się męczyć, cóż...
To nie tak, żeby Magda była ponurakiem, jakich mało. Nie, wręcz przeciwnie! Uśmiech z jej twarzy najchętniej by nie znikał, ale że tak się nie da, więc poprosiła go, by został z nią co najmniej w sześćdziesięciu procentach życia. Po prostu nie umiała ujawnić przy innych drzemiącego w niej szaleństwa. Gdy była sama - nie było problemu. Stała przed lustrem, wymyślając sobie najdziwniejsze fryzury świata, skakała (a niekiedy nawet śpiewała) w drodze do domu, kiedy nikt jej nie widział, tańczyła, zamykając się w swoim pokoju, w najdziwniejszy ze sposobów, jakie kiedykolwiek widział człowiek.
Wszędzie jej było pełno. I to dosłownie. Trudno było znaleźć coś, w co nie była zaangażowana. Największym problemem było dla niej po prostu pokazanie światu, że naprawdę umie i lubi postępować szalenie, niesamowita nieśmiałość, szczególnie wśród nowo poznanych ludzi. Przez to zawsze była z boku. Nie umiała się przełamać. Nienawidziła tego w sobie.
Największą pociechę od zawsze przynosiło jej śpiewanie i czytanie. Przenosiła się wtedy do swojego własnego świata. Do świata, w którym było jej lepiej. Gdzie nie miała zmartwień, a wszystko było proste, jasne i po prostu takie.... niebolesne.
Magda wyciągnęła rękę i dość szybko złapała taksówkę. Pogoda była koszmarna. Odpowiadała jej nastrojowi sprzed kilku minut. Nie podobało jej się to. Wolała, aby zdarzyło się coś, co zmusiłoby ją do popatrzenia na swoje życie w innym świetle. Ale chyba jednak dziś tego nie dostanie. Będzie musiała poradzić sobie sama. 

Oczywiście znów nie zdążyłam, przepraszam. Może ktoś tekst kojarzy, bo można go znaleźć na blogu Madzi, ale może akurat ktoś nie czytał a jakimś cudem ma ochotę, więc umieszczam go i tutaj.

12. Białonka

Dość dawno temu, choć może wcale nie tak dawno, gdy w Wielkim Królestwie panował jeszcze król Drozdobrody, żyła sobie pewna uboga wdowa… wdowy w baśniach często są ubogie, czyż nie? I ta nie wyróżniała się od nich zbyt wiele. Miała włosy siwe ze zmartwienia, ukochaną chustę, którą często zarzucała na plecy, długą spódnicę, a w ręku jej zawsze można było dojrzeć laskę. Razem z nią w małej chatce za murami miasta mieszkały jeszcze dwie córeńki kobieciny – Białośnieżka i Różanka. Ta pierwsza, o liczku białym jak śnieg, włosach jasnych i cerze delikatnej, była spokojna, wyrachowana i zawsze uprzejma, nie była to jednak uprzejmość z obowiązku ni wyrachowanie chłodne, ale przepełnione życzliwością do drugiego człowieka. Różanka włosami swymi czarnymi, lśniącymi i gładkimi wzbudzała zazdrość niejednej miejskiej dziewczyny, a policzkami idealnie zaróżowionymi i usteczkami często rozwartymi a czerwonymi jak róże, co w ogrodzie matki kwitły, w zachwyt wszystkie przekupki z miasta wprawiała. I ona była wychowana dobrze jak siostra, więcej w niej jednak było żywiołu i energiczności. Kto tylko je zobaczył i posłyszał choć strzępek ich rozmowy, pomyśleć był gotów, że to małe dwa aniołki. Nigdy nie kłóciły się ze sobą, bez szemrania wykonywały prośby matki, ochoczo sprzątały chatkę i opiekowały się domowymi zwierzętami. Różanka często wychodziła na pobliskie łąki, a nawet do leżącego nieopodal lasu i, podziwiając piękno przyrody, zbierała owoce oraz zioła. Białośnieżka, która była spokojniejszą od swojej siostry, zostawała w domu, uczyła się od matki gotowania i czytała książki. Pomimo wielu różnic dziewczynki kochały się jednak bardzo mocno.

Na radości i zabawie mijały im kolejne dni, miesiące, lata życia. Kiedy dla każdej z nich rok miał się kończyć siedemnasty, pewnego słonecznego poranka matka rzekła do Różanki:

– Idź, córko, do lasu i nazbieraj nam jeżyn i poziomek, cobyśmy mogły uczcić urodziny wasze.

– Oczywiście, mateczko –przejęta córa odrzekła – już biegnę, już lecę!

A w czasie, kiedy Różanka owoców nazbierać miała, wdowa udała się do miasta, pozostawiając tylko Białośnieżkę do domu pilnowania. I ta bardzo przejęta była urodzinami swymi, nie mogąc więc spokojnie na miejscu usiedzieć warzyć zaczęła obiad. Kiedy kuchcenie jej miało się już ku końcowi, do drzwi chatki energicznie ktoś zapukał. Dziewczę jak stało, natychmiast poleciało otworzyć, bo może toć ktoś puka, kto pilnie pomocy potrzebuje czy po wędrówce długiej jest już zmęczony. Na zdziwienie jej przed chatką stał nie kto inny, jak siostra jej we własnej osobie.

– Siostro ma! A co ty tutaj robić chciałaś, skoro na jeżyny mateczka cię w las wysłała? – Białośnieżka zdziwienia nie kryła, widząc Różankę przed nią stojącą w sukience podartej z oczyma przerażenia pełnymi.

– Nic to, nic to! – wykrzyknąć tylko czarnowłosa zdążyła, nim za nią nieopodal coś dziwnego się dziać zaczęło. – Do środka, do środeczka! – Choć blada już była ze zmęczenia i z przerażenia, pchnęła siostrzyczkę w głąb domu i sama za próg dopadła, drzwi zaryglowując przy tym.

– Czemu pukałaś, słońce? Czemu tak panikujesz? Cóż ci to?

– Teraz na wyjaśnienia czasu już nie ma, ale wierz mi, Śnieżko, że nic dobrego dziś dziać się nie będzie – to mówiąc, pchnęła siostrę jeszcze dalej, w kierunku piwnicy, gdzie trzymać zwykły wody i żywności zapasy.

- Ale matka, matula! – Białośnieżka, bardziej jeszcze blada niż zawsze, wyrwać się siostrze próbowała i do drzwi zawrócić, lecz Różanka silniejszą się od niej okazała i uparcie wciąż kierunek na podziemne miejsce obierała.

– Nie ona, nie ona, teraz ty i ja! Mateczce pomogą, ona w mieście zastała, tam ludzi wiele, uratują ją, uratują! Nie ma czasu teraz na to, by wracać po matuchnę, ale znajdą, uratują ją, znajdą!

– To powiedzże chociaż, co się teraz dzieje! Siostra szaleje! Niebo goreje…

– Nie czas i nie pora, by prawić wykłady, lecz jeśli wiedzieć chcesz więcej o całym tym zajściu, wiedz, że w lesie tym pobliskim, gdzie poziomki zbierać miałam, napotkałam niespodziankę. Powiem więcej ci, jeżeli ty obiecasz iść już żwawo. Kiwasz głową? Idź więc dalej, będę ci szeptała w ucho. Niespodzianka nietypowa. To zza drzewa wyszła stara, straszna wiedźma a tuż za nią młode dziewczę w naszym wieku. Ta dziewczyna jak nieżywa szła ze pustym tak spojrzeniem, ale wnet się przebudziła i spytała: „Gdzie, u diabła, włóczyć się mam za lasami?” Babka na nią jak nie spojrzy! Jam struchlała nawet pod nią, choć bać się nie mam w zwyczaju!

– I co? I co było dalej?

– Babka gadać coś zaczęła o tak wielkiej katastrofie co się zdarzyć miała właśnie w dzień świętego Piotra z Pawłem.

– Toć to nasze urodziny!

– Więc dlatego ci to mówię. Słuchaj też co było dalej: przepowiednię wynalazła, która mówi o bliźniaczkach, że w tę noc, gdy księżyc wzejdzie ponad nieba horyzontem jawą staną się straszne opowieści o żniwie tak śmierci wielkim, jakie nigdy to nie było.

– Co ty mówisz? Czy żartujesz?

– Ja żartować? Daj mi pokój! Z takich rzeczy to nie warto… A ta przepowiednia głosi w dalszej części, że z bliźniaczek żadna dnia już nie przeżyje, jednak jedna się obudzi, nie chcesz wiedzieć co za brednie!

– Czemu trwożysz moje serce? Chcesz nastraszyć mnie? Odpowiedz!

– Nie, ty nie chcesz nic zrozumieć!

– Chcę, lecz może ja nie umiem?

– Nachyl ucha to ci powiem! – Nachyliła ucha Śnieżka.

– Powiedziały one do mnie, że jak przeżyć dobrze wiedzą. Nauczyły mnie tej sztuki, więc śpij słodko…



Mówiąc słowa te, Różanka zatopiła kły swe w bladej szyi siostry swojej.




 
 Przepraszam, że tak dawno mnie tutaj nie było. Miałam pisać po dwa teksty miesięcznie co najmniej, a ostatnio strasznie się z tym zaniedbałam. Od marca dwa posty to minimum absolutne, obiecuję! Postaram się, by pojawiały się co dwa tygodnie.

11. Dotyk

Jess pustym wzrokiem wpatruje się w leżącą przed nią kartkę i od niechcenia bawi się trzymanym w ręku długopisem. Jest już bardzo zmęczona i nie wie nic z tego, o czym wielce szanowny profesor ględzi już od półtorej godziny. Szczerze mówiąc, dziewczyna nie ma nawet pojęcia, dlaczego w ogóle się w tej sali znalazła, jej plan był przecież inny – wrócić do siebie, wykąpać się, iść spać. Ale siedzi tutaj i już prawie zasypia. Jest na siebie taka zła - dlaczego po prostu nie zerwała się z tych zajęć tak, jak to dość często robi? No tak, dość często, to o to chodziło… awantura w domu w ostatni weekend. Ach, czy ona na pewno nie śpi? Dlaczego te wspomnienia są takie mgliste? Przecież to było zaledwie kilka dni temu. Z całą pewnością powinna to dobrze pamiętać…
Głowa studentki powoli opada na ławkę, na szczęście nikt nie zwraca na to szczególnej uwagi. Profesor nawet nie zauważa tego bezczelnego uczynku, Jess może więc spać spokojnie. Złociste loki dziewczyny zasłaniają teraz prawie całą jej twarz, trudno dostrzec jakikolwiek szczegół drobniejszy niż ten, że dziewczyna wygląda obecnie dość uroczo i niewinnie…
Łup! Książka Alice, jej koleżanki z sąsiedniej ławki, z trzaskiem spada na ziemię. Jess momentalnie podrywa się z krzesła i próbuje odnaleźć się w sytuacji. Po wybadaniu, że najprawdopodobniej nic jej jednak nie grodzi, dziewczyna rozciąga się i przeciera rękami swoje duże, szare oczy. Szare. Dlaczego szare? Nie mogłyby być niebieskie? Bardzo długo ją to nurtowało, jednak z chwilą podjęcia pracy i rozpoczęcia studiów musiała zapomnieć i dać sobie spokój z zastanawianiem się nad tym, tak naprawdę troszkę bezsensownym pytaniem. Długie i grube rzęsy były niewątpliwie czymś, z czego dziewczyna była bardzo zadowolona i dumna. Jak sama zwykła już powtarzać: pozwala to zaoszczędzić naprawdę dużo czasu, który można poświęcić na pospanie choć kilka chwil dłużej. Studentka jest szczupła i dosyć niska, co pozwala jej na bardzo łatwe i szybkie znajdowanie przeróżnych kryjówek, nie tylko przed policjantami, bandytami i każdym innym, kto w bezpośrednim starciu mógłby się okazać choć trochę niebezpieczny, ale ostatnio też coraz częściej i przed każdym człowiekiem, na którego wpada. Nawet przed rodzicami, siostrą, przyjaciółką, chłopakiem.
Przebudzona dziewczyna z niezadowoleniem spogląda w stronę stojącego na środku auli profesora. Czemu on wreszcie nie powie czegoś ciekawego? Mógłby już skończyć nawijać o tym całym życiu duchowym czy czymś tam podobnym… Jess z tęsknotą patrzy na zegarek i, ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, a także jeszcze większej radości stwierdza, że do końca wykładów pozostało już tylko kilkanaście minut. Z tego szczęścia postanawia choć na tą ostatnią chwilę skupić się na tym, co mówi staruszek, i wynieść z tych zajęć choć jedną ciekawą, mądrą myśl.
Nie, to bez sensu. Wszystko, co on mówi jest co najmniej dziwne. Ciekawa myśl? Z jego wykładów? Wolne żarty. Jess podpiera łokciem głowę, a w wolną dłoń bierze ołówek i zaczyna rysować po swoim ulubionym zeszycie. W tej samej chwili czuje jednak czyjś dotyk na swoim ramieniu, machinalnie się odwraca.
- Chciałeś coś? – pyta zapatrzonego w profesora, siedzącego za nią studenta.
- Ja? – Patrzy na nią zdziwiony. – Dlaczego miałbym czegoś od ciebie chcieć? – Chłopak uśmiecha się i unosi brew. – Chyba, że to z twojej strony jakaś propozycja…
Jess wykrzywia się i szybko odwraca w stronę profesora. Nie lubi tego typa. Od dziś już go nie lubi. Dziewczyna czuje dotyk na swojej kostce. Zrezygnowana podnosi oczy w stronę sufitu. Niech to nie będzie on… studentka przenosi wzrok na własne nogi, na których pojawiła się już gęsia skórka. Jess z trudem hamuje krzyk. Przy krześle siedzi, wczepiona w jej kolana, mała, zakrwawiona dziewczynka.

Liebster Award

Za nominację bardzo, bardzo, bardzo dziękuję Jaelithe’ie (błagam, powiedzcie mi, że dobrze napisałam...) i Madzi. Strasznie mi ciepło na serduszku i miło, że o mnie pomyślałyście.

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za ,,dobrze wykonaną robotę''. Jest przyznawana blogom o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Po odebraniu nagrody, należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Magda
1. Co byś w sobie zmienił/a, gdybyś mógł/mogła?
Nieśmiałość bym odrzuciła hen, hen, daleko. Strasznie mi z nią ciężko. Ona powoduje nawet, że ciężko mi rozmawiać z jakimkolwiek człowiekiem, patrząc mu w oczy, nawet gdy nie kłamię.
I to, że sama nie rozumiem, albo nie chcę rozumieć swoich uczuć też jest dość wkurzające, ale to tak na marginesie.
2. Jaki jest obecny stan Twojego umysłu?
Mój umysł jest aktualnie przeciążony mądrością Twoich pytań, serio. Na połowę nie znam jeszcze odpowiedzi i muszę dużo pomyśleć, zanim cokolwiek napiszę.
3. Z którą postacią historyczną najsilniej się utożsamiasz?
Nie lubię  historii. Wybacz, ale nigdy nie była ona moją najmocniejszą stroną, dlatego też ciężko będzie mi znaleźć takową postać. W zasadzie, to nie wiem nawet gdzie szukać… Przepraszam, ale chyba nic z tego nie będzie.
4. Co najbardziej Cię wyróżnia?
To, że gadam do obrazów i kłócę się w myślach sama ze sobą, poważnie. Może przeistaczam się w Golluma?
5. Którą cnotę uważasz za najbardziej przereklamowaną?
Żadną. W każdej coś jest.
6. W jakich sytuacjach kłamiesz?
Kiedy się boję skutków powiedzenia prawdy. W innych wolę kłamstwa po prostu unikać.
7. Których słów lub zwrotów nadużywasz?
Jednak.
8. Co najbardziej cenisz w przyjaciołach?
To, że są i mogę szczerze powiedzieć, że zawsze będą. Albo raczej: ceniłabym to, gdybym takowych miała. Nie chcę nazywać przyjaciółmi ludzi, którzy tak naprawdę albo niewiele o mnie wiedzą, albo podejrzanie często zapominają…
9. W jaki sposób chciałbyś/chciałabyś umrzeć?
Miałam pisać, że wszystko mi jedno, byle bym później trafiła gdzie trzeba, ale w zasadzie to nie, wolałabym, żeby ta śmierć była jednak szybka i żeby nie było cierpienia, ale kto wie, co byłoby dla mnie najlepsze…
10. Którzy ludzie są Twoimi bohaterami?
Ci którzy umieją zrozumieć siebie, swoje uczucia i do końca nad nimi panują. Ci, którzy kochają bezinteresownie i zawsze są chętni do pomocy. Ci, którzy umieją przebaczyć. Nie zapomnieć, a przebaczyć, bo nie zawsze jedno wiąże się z tym drugim. Ci, którzy umieją tak sobie rozplanować czas, by ze wszystkim zdążyć. Ci, którzy umieją ponieść odpowiedzialność za swoje czyny, bo sama często wolę jej uniknąć. Ci, którzy stawiają sobie cele, postanowienia i zawsze je realizują.
11. Jakiej cechy najbardziej nie znosisz u innych?
Nie mogę powiedzieć, czego nie znoszę u innych, bo sama prawdopodobnie tą cechę mam, więc byłoby to co najmniej dziwne.
Nie powiem, że nie toleruję kłamstwa, bo sama nie zawsze mówię prawdę. Nie powiem, że znoszę wynoszenia się nad innych, bo lubię czasem mieć nad wszystkim kontrolę. Nie powiem, że nie lubię nieśmiałości, bo sama często nie umiem podejść do nieznajomego pierwsza. Nie powiem, że nie podoba mi się, gdy ktoś mówi cicho, bo mnie też czasami trudno zrozumieć (z trochę innego powodu, ale jednak…). Nie powiem, że nie lubię niepunktualności, bo notorycznie się spóźniam. Nie powiem, że nie toleruję zgorzkniałości i chamstwa, bo sama nie potrafię prawdziwie kochać.


Jaelithe
1. Gdybyś miała wybrać jednego pisarza (martwego bądź nie) i zaprosić go na kawę, kto by to był?
W tej chwili do głowy przychodzi mi jedynie Agata Christie i cała masa polskich pisarzy zapamiętanych z lekcji języka polskiego. Wybieram tą pierwszą, przepraszam, Sienkiewiczu.
2. Jakie byłoby Twoje pierwsze pytanie do niego/niej?
Skąd brała Pani pomysły na tak genialne książki i skąd wzięła Pani tak świetny i wciągający styl?
3. Przypomnij sobie pierwsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałaś. Co o nim dzisiaj myślisz?
Myślę, że nie pamiętam, o czym ono było. Przypuszczam, że jakieś na konkurs mojej polonistki, jeżeli tak, stwierdzam, że na pewno było dziwne, beznadziejne i zapewne nie na temat, bo robione „na odczep się”.
Mogę ci za to powiedzieć, co sądzę o opowiadaniu, od którego zaczęła się moja przygoda z blogowaniem. Byłam nim na początku strasznie podekscytowana, bo w zeszycie zajęło około dziesięć stron, a to wydawało się wtedy tak dużo… Koleżanka stwierdziła, że chce je widzieć na blogu, założyłam go, ale ona chyba ani raz na niego nie weszła, nie żałuję jednak, gdyby nie ten incydent teraz by mnie tu pewnie nie było. Patrząc na to opowiadanie z perspektywy czasu (obecnie 10 stron w Wordzie, dzięki blogowi oczywiście), nie jest najgorzej, choć zaczynało się co najmniej tandetnie. Najbardziej jestem na siebie zła za to, że zrobiłam z tego ff, przez co odechciało mi się pisać.
4. Gdzie siebie widzisz za dziesięć lat?
Albo na studiach, albo bezskutecznie szukającą pracy. A trochę bardziej optymistycznie, to chciałabym pójść do szkoły aktorskiej albo spróbować sił w dubbingu. Czas pokaże, jak to wszystko się ułoży.
5. Ja mówię "sport", Ty myślisz... świetna zabawa, coś, czego staram się unikać?
Dlaczego muszę być taką łamagą? Dokładnie to myślę, serio. Lubię siatkówkę, a nawet ona mi wychodzi jak wychodzi, więc naprawdę nie chcesz wiedzieć co z całą resztą. Choć jeszcze może rozciąganie się sobie bardzo cenię i też nie narzekam, ale nawet tutaj nie jest najweselej.
6. Co robisz, gdy nie masz dostępu do Internetu i własnego bloga?
Skrobię sobie coś w zeszycie, czytam, oglądam jakieś odmóżdżające głupoty w telewizji, rozmawiam przez telefon, chodzę do szkoły, ewentualnie od czasu do czasu się uczę.
7. Jaka jest ostatnia książka, którą przeczytałaś?
Siedem grzechów głównych dziś
I proszę mi się tu nie śmiać, to bardzo poważna książka. :D
8. Gdybyś miała się zamienić rolami z jakąś postacią z książki, kto by to był?
Kopciuszek! To zawsze, ale to zawsze była moja ukochana bajka. Wiem, że strasznie słodko, za dużo cukru i w ogóle, ale czasami fajnie pomarzyć, że się znalazło swojego księcia z bajki, który na dodatek się w tobie zakochuje.
A jeśli chodzi o coś mniej słodzikowego, Keating ze Stowarzyszenia Umarłych Poetów. Chciałabym mieć tyle mądrości i zaradności, żeby przekazywać innym taką radość życia, pomagać im odkrywać swoją indywidualność… Jak dla mnie to zdecydowanie wzór nauczyciela.
9. Jaką postać ze swoich własnych opowiadań chciałabyś poznać? Dlaczego?
Myślę że Lenę z Upadku. Ta postać jest dla mnie po prostu największą zagadką. Kiedy pisałam o jej przygodzie po prostu się wyłączyłam, a ona sama podyktowała mi zakończenie. Niezwykle pomysłowa dziewczyna. Sama bym na coś takiego nie wpadła, szczerze mówiąc. Muszę nawiązać z nią dalszą współpracę.
10. Jest coś takiego, co łatwo potrafi Cię wzruszyć? Scena w filmie, konkretna melodia czy wspomnienie?
Podobnoć jestem strasznie wrażliwym człowiekiem i tego się trzymajmy. Idąc za tym, bardzo łatwo nam będzie określić, że wzrusza mnie dużo rzeczy. Nawet takie proste jak piękny wschód słońca; widok małego, kochanego dziecka biegającego tam i z powrotem; para zakochanych, którzy świata poza sobą nie widzą. Paradoksalnie, bardzo trudno jest mi się tak naprawdę szczerze rozpłakać. Łzy lecą z moich oczu bardzo niechętnie.
11. Gdybyś mogła wybrać jakiekolwiek miejsce na Ziemi, gdzie mogłabyś zamieszkać, gdzie by to było?
Pewnie Włochy, może Toskania, może któreś morze, ewentualnie okolice Rzymu (bardzo ewentualnie, bo strasznie tam tłoczno). Wiem że kryzys, bieda w państwie i w ogóle, ale mam tak miłe wspomnienia z tamtych miejsc, poza tym tak tam pięknie…



Nominuję:
Megan
Cała, caluteńka załoga Zaczarowanych szablonów
Chciałam jeszcze Magdę i Jaelithe, ale mi nie wolno, to nie fair…

Moje pytania:
1. Płacz to dla Ciebie objaw słabości, wrażliwości, bezradności czy jeszcze czegoś innego?
2. Jaka była Twoja ulubiona książka, gdy byłaś w podstawówce, a jaka jest nią teraz?
3. Czym jest dla Ciebie tworzenie (pisanie, grafika itp.) i dlaczego się nim zajmujesz?
4. Jaka jest najzabawniejsza sytuacja, której byłaś świadkiem/ uczestnikiem?
5. Masz jakiś dziwny czy zabawny nawyk? Jeżeli tak – jaki? (Ta druga część pytania może być dla niektórych trochę zbyt prywatna, toteż nie zmuszam, jeżeli nie chcecie jego zdradzić.)
6. Co najbardziej w sobie lubisz, a co w Twoim zachowaniu najbardziej Cię denerwuje?
7. Oceniasz ludzi po wyglądzie?
8. Dlaczego czekolada jest Twoim ulubionym produktem spożywczym i mogłabyś ją jeść cały dzień? (Tutaj proszę o puszczenie wodzy wyobraźni). :)
9. Przy akompaniamencie jakiej piosenki mogłabyś przeżyć koniec świata?
10. Czym jest dla Ciebie miłość?
11. Jakie jest Twoje największe marzenie, o którym możesz śmiało powiedzieć na głos?

Wiadomości

... za szablon (dostosowany do rozdzielczości ekranu 16:10 i 16:9) dziękuję cudownej Jill z równie cudownych Zaczarowanych szablonów.