Uwaga!

13. Teatr


Pewnym krokiem zeszła ze sceny i ruszyła w stronę charakteryzatorni. W mgnieniu oka zdjęła z siebie krwistoczerwoną sukienkę, sięgnęła po jeansy oraz jasną bluzkę i włożyła je, nie oglądając się nawet na innych znajdujących się tam aktorów. Nie tak to miało wyglądać. Prawda, chciała grać, ale chciała też być częścią tego teatru. A jest.... nikim. Ewentualnie czymś bez duszy. Przyszła tylko po to, żeby zrobić swoje i wyjść. Nie chcą jej, chcą tylko umiejętności i porządnej gry. Nie interesuje ich nic więcej. Ani to, jaka jest, ani to, co lubi. Może dlatego ma już dość? Może dlatego straciła zaufanie i szacunek do innych ludzi?
Gra to coś, co towarzyszyło jej od zawsze. Dosłownie. Choć nie zawsze na scenie, bardzo często odgrywała coś już od najmłodszych lat. Zamykała się w sobie. Tylko ona znała prawdę o tym, co ma w sercu, a nawet jej wszystko zaczynało się już mieszać. Sama nie wiedziała, kogo kocha, a kogo nienawidzi. Czy umie wybaczyć, czy może ten, kto zawinił już nigdy przebaczenia nie dostanie. Ale nie chciała, by inni wiedzieli, że się gubi. Wolała, by wszyscy myśleli, że jest idealnie. Przynajmniej nie będą się czepiać i nieudolnie próbować jej pomóc.
Nauczyła się tego w domu. Tego pozerstwa i udawania. Po co powiedzieć sobie, że się nie dogadujemy, że coś jest chyba nie tak, że nie lubimy tego a tego w zachowaniu drugiego, po co? Przecież dużo lepiej jest udawać, że wszystko jest okej pomimo tego, że nikt tutaj niczego o reszcie nie wie.
Nigdy nie miała przyjaciółki. Ale takiej prawdziwej. Bo taka sztuczna kiedyś się do niej przyplątała i już nie chce odczepić. A zmieniła się w przeciągu tych kilku lat bardzo. Szczerze mówiąc, Magda wolałaby, żeby dała sobie już z tym wszystkim spokój. Miała jej zdecydowanie dość. Nie dosyć, że nie pomaga, to jeszcze dobija. Naprawdę. A głupia, głupiutka Madzia nie ma sił, by powiedzieć jej w twarz, że to koniec. I dalej musi się męczyć, cóż...
To nie tak, żeby Magda była ponurakiem, jakich mało. Nie, wręcz przeciwnie! Uśmiech z jej twarzy najchętniej by nie znikał, ale że tak się nie da, więc poprosiła go, by został z nią co najmniej w sześćdziesięciu procentach życia. Po prostu nie umiała ujawnić przy innych drzemiącego w niej szaleństwa. Gdy była sama - nie było problemu. Stała przed lustrem, wymyślając sobie najdziwniejsze fryzury świata, skakała (a niekiedy nawet śpiewała) w drodze do domu, kiedy nikt jej nie widział, tańczyła, zamykając się w swoim pokoju, w najdziwniejszy ze sposobów, jakie kiedykolwiek widział człowiek.
Wszędzie jej było pełno. I to dosłownie. Trudno było znaleźć coś, w co nie była zaangażowana. Największym problemem było dla niej po prostu pokazanie światu, że naprawdę umie i lubi postępować szalenie, niesamowita nieśmiałość, szczególnie wśród nowo poznanych ludzi. Przez to zawsze była z boku. Nie umiała się przełamać. Nienawidziła tego w sobie.
Największą pociechę od zawsze przynosiło jej śpiewanie i czytanie. Przenosiła się wtedy do swojego własnego świata. Do świata, w którym było jej lepiej. Gdzie nie miała zmartwień, a wszystko było proste, jasne i po prostu takie.... niebolesne.
Magda wyciągnęła rękę i dość szybko złapała taksówkę. Pogoda była koszmarna. Odpowiadała jej nastrojowi sprzed kilku minut. Nie podobało jej się to. Wolała, aby zdarzyło się coś, co zmusiłoby ją do popatrzenia na swoje życie w innym świetle. Ale chyba jednak dziś tego nie dostanie. Będzie musiała poradzić sobie sama. 

Oczywiście znów nie zdążyłam, przepraszam. Może ktoś tekst kojarzy, bo można go znaleźć na blogu Madzi, ale może akurat ktoś nie czytał a jakimś cudem ma ochotę, więc umieszczam go i tutaj.

12. Białonka

Dość dawno temu, choć może wcale nie tak dawno, gdy w Wielkim Królestwie panował jeszcze król Drozdobrody, żyła sobie pewna uboga wdowa… wdowy w baśniach często są ubogie, czyż nie? I ta nie wyróżniała się od nich zbyt wiele. Miała włosy siwe ze zmartwienia, ukochaną chustę, którą często zarzucała na plecy, długą spódnicę, a w ręku jej zawsze można było dojrzeć laskę. Razem z nią w małej chatce za murami miasta mieszkały jeszcze dwie córeńki kobieciny – Białośnieżka i Różanka. Ta pierwsza, o liczku białym jak śnieg, włosach jasnych i cerze delikatnej, była spokojna, wyrachowana i zawsze uprzejma, nie była to jednak uprzejmość z obowiązku ni wyrachowanie chłodne, ale przepełnione życzliwością do drugiego człowieka. Różanka włosami swymi czarnymi, lśniącymi i gładkimi wzbudzała zazdrość niejednej miejskiej dziewczyny, a policzkami idealnie zaróżowionymi i usteczkami często rozwartymi a czerwonymi jak róże, co w ogrodzie matki kwitły, w zachwyt wszystkie przekupki z miasta wprawiała. I ona była wychowana dobrze jak siostra, więcej w niej jednak było żywiołu i energiczności. Kto tylko je zobaczył i posłyszał choć strzępek ich rozmowy, pomyśleć był gotów, że to małe dwa aniołki. Nigdy nie kłóciły się ze sobą, bez szemrania wykonywały prośby matki, ochoczo sprzątały chatkę i opiekowały się domowymi zwierzętami. Różanka często wychodziła na pobliskie łąki, a nawet do leżącego nieopodal lasu i, podziwiając piękno przyrody, zbierała owoce oraz zioła. Białośnieżka, która była spokojniejszą od swojej siostry, zostawała w domu, uczyła się od matki gotowania i czytała książki. Pomimo wielu różnic dziewczynki kochały się jednak bardzo mocno.

Na radości i zabawie mijały im kolejne dni, miesiące, lata życia. Kiedy dla każdej z nich rok miał się kończyć siedemnasty, pewnego słonecznego poranka matka rzekła do Różanki:

– Idź, córko, do lasu i nazbieraj nam jeżyn i poziomek, cobyśmy mogły uczcić urodziny wasze.

– Oczywiście, mateczko –przejęta córa odrzekła – już biegnę, już lecę!

A w czasie, kiedy Różanka owoców nazbierać miała, wdowa udała się do miasta, pozostawiając tylko Białośnieżkę do domu pilnowania. I ta bardzo przejęta była urodzinami swymi, nie mogąc więc spokojnie na miejscu usiedzieć warzyć zaczęła obiad. Kiedy kuchcenie jej miało się już ku końcowi, do drzwi chatki energicznie ktoś zapukał. Dziewczę jak stało, natychmiast poleciało otworzyć, bo może toć ktoś puka, kto pilnie pomocy potrzebuje czy po wędrówce długiej jest już zmęczony. Na zdziwienie jej przed chatką stał nie kto inny, jak siostra jej we własnej osobie.

– Siostro ma! A co ty tutaj robić chciałaś, skoro na jeżyny mateczka cię w las wysłała? – Białośnieżka zdziwienia nie kryła, widząc Różankę przed nią stojącą w sukience podartej z oczyma przerażenia pełnymi.

– Nic to, nic to! – wykrzyknąć tylko czarnowłosa zdążyła, nim za nią nieopodal coś dziwnego się dziać zaczęło. – Do środka, do środeczka! – Choć blada już była ze zmęczenia i z przerażenia, pchnęła siostrzyczkę w głąb domu i sama za próg dopadła, drzwi zaryglowując przy tym.

– Czemu pukałaś, słońce? Czemu tak panikujesz? Cóż ci to?

– Teraz na wyjaśnienia czasu już nie ma, ale wierz mi, Śnieżko, że nic dobrego dziś dziać się nie będzie – to mówiąc, pchnęła siostrę jeszcze dalej, w kierunku piwnicy, gdzie trzymać zwykły wody i żywności zapasy.

- Ale matka, matula! – Białośnieżka, bardziej jeszcze blada niż zawsze, wyrwać się siostrze próbowała i do drzwi zawrócić, lecz Różanka silniejszą się od niej okazała i uparcie wciąż kierunek na podziemne miejsce obierała.

– Nie ona, nie ona, teraz ty i ja! Mateczce pomogą, ona w mieście zastała, tam ludzi wiele, uratują ją, uratują! Nie ma czasu teraz na to, by wracać po matuchnę, ale znajdą, uratują ją, znajdą!

– To powiedzże chociaż, co się teraz dzieje! Siostra szaleje! Niebo goreje…

– Nie czas i nie pora, by prawić wykłady, lecz jeśli wiedzieć chcesz więcej o całym tym zajściu, wiedz, że w lesie tym pobliskim, gdzie poziomki zbierać miałam, napotkałam niespodziankę. Powiem więcej ci, jeżeli ty obiecasz iść już żwawo. Kiwasz głową? Idź więc dalej, będę ci szeptała w ucho. Niespodzianka nietypowa. To zza drzewa wyszła stara, straszna wiedźma a tuż za nią młode dziewczę w naszym wieku. Ta dziewczyna jak nieżywa szła ze pustym tak spojrzeniem, ale wnet się przebudziła i spytała: „Gdzie, u diabła, włóczyć się mam za lasami?” Babka na nią jak nie spojrzy! Jam struchlała nawet pod nią, choć bać się nie mam w zwyczaju!

– I co? I co było dalej?

– Babka gadać coś zaczęła o tak wielkiej katastrofie co się zdarzyć miała właśnie w dzień świętego Piotra z Pawłem.

– Toć to nasze urodziny!

– Więc dlatego ci to mówię. Słuchaj też co było dalej: przepowiednię wynalazła, która mówi o bliźniaczkach, że w tę noc, gdy księżyc wzejdzie ponad nieba horyzontem jawą staną się straszne opowieści o żniwie tak śmierci wielkim, jakie nigdy to nie było.

– Co ty mówisz? Czy żartujesz?

– Ja żartować? Daj mi pokój! Z takich rzeczy to nie warto… A ta przepowiednia głosi w dalszej części, że z bliźniaczek żadna dnia już nie przeżyje, jednak jedna się obudzi, nie chcesz wiedzieć co za brednie!

– Czemu trwożysz moje serce? Chcesz nastraszyć mnie? Odpowiedz!

– Nie, ty nie chcesz nic zrozumieć!

– Chcę, lecz może ja nie umiem?

– Nachyl ucha to ci powiem! – Nachyliła ucha Śnieżka.

– Powiedziały one do mnie, że jak przeżyć dobrze wiedzą. Nauczyły mnie tej sztuki, więc śpij słodko…



Mówiąc słowa te, Różanka zatopiła kły swe w bladej szyi siostry swojej.




 
 Przepraszam, że tak dawno mnie tutaj nie było. Miałam pisać po dwa teksty miesięcznie co najmniej, a ostatnio strasznie się z tym zaniedbałam. Od marca dwa posty to minimum absolutne, obiecuję! Postaram się, by pojawiały się co dwa tygodnie.

Wiadomości

... za szablon (dostosowany do rozdzielczości ekranu 16:10 i 16:9) dziękuję cudownej Jill z równie cudownych Zaczarowanych szablonów.